Nigdy nie lubilam sukienek, spodnic ani wszelakiej masci kokietkowych bajerow. Zawsze bylam fanka street style'u, jeansy boyfriend i tshirty z nadrukami, to bylo cos, w czym czulam sie najlepiej. Wiedzialam co dobrac, zeby podkreslic swoj charakter. Do czasu... Podobno punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia, chociaz w moim przypadku bardziej od sposobu spojrzenia...I to jakiego... Thomasowego oczywiscie :-) W sklepach zamiast na kolejne jeansy czy szalone tshirty, coraz czesciej i smielej zaczelam spogladac w kierunku sukienek. Ogladalam, a jest na co popatrzec. Przymierzalam. Usmiechalam sie do lustra, az sama siebie przekonalam, ze to moze nie taki glupi pomysl. Na patrzeniu sie nie skonczylo i zostalam posiadaczka, dosc szczesliwa z tego powodu, kilku uroczych okazow. Owa kropkowa. ktora kojarzy mi sie z szalonymi latami 60tymi, ktore uwielbiam, upolowalam na wyprzedazy w H&M. Fantastyczna, nie potrafilabym sobie wyobrazic sukienki, ktora bardziej podkreslalaby moj temperament, frywolna i zawadiacka. Swietnie sprawdzila sie w upalne dni razem ze zwyklymi tenisowkami. Zdecydowanie zagosci na dluzej w mojej szafie. Cos czuje, ze to dopiero poczatek kieckowego romansu ;-)





Mimo szczerych checi, nie potrafie byc powazna :)
Sukienka - H&M
Tenisowki - Primark
Okulary - Primark
Zegarek - Fossil
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz